Przejdź do treści

Bieszczady

Elżbieta Ciesielska

„Minął dzień. Wciąż prędzej, prędzej
Szybuje czas bez wytchnienia (…)”
K.I.Gałczyński

Z wakacyjnego urlopu przywiozłam – owszem – jakieś pamiątki, dwa filmy zdjęć, opaleniznę, wspomnienia. Przywiozłam także zmienione nieco patrzenie na świat i życie, które zrodziło się w najmniej oczekiwanych momentach, w sytuacjach pozornie nic nie znaczących.
Bieszczady. Przetarty szeroki szlak – droga wiodąca przez trawiaste połoniny. Mnóstwo ludzi wędrujących, przystających co chwilę z podziwu, pozdrawiających się podczas mijania. Kilka dni później wybrałam mniej atrakcyjny szlak wiodący przez Wysokie Berdo, Krysową, Jaworzec do bacówki Moskałówka. Jest upalny dzień. Widoki po horyzont rzadkie. Większość drogi biegnie przez las i trawersuje zbocze – jedną ogromną polanę czarnych jagód. Spod nóg co krok rozbiegają się wygrzewające się w słońcu jaszczurki. Ludzi prawie się nie spotyka. Szlak to wąziutka, na jedną stopę, ścieżynka. Często niknie w trawie. Czasami trzeba przystanąć i pomyśleć, którędy iść dalej. Zaś w lesie trzeba przedzierać się między krzewami, wypatrywać na ściółce udeptanej dróżki. Zmęczona upałem, „trudnościami” na szlaku zaczynam żałować, że tego dnia wybrałam tę właśnie drogę. Czy nie lepiej byłoby znaleźć się na połoninie? Wyszukać jakąś inną, widokową trasę? Jaki sens ma takie wędrowanie po nie odwiedzanym od dawna szlaku?
Sens chyba taki, by ten rzadko uczęszczany szlak nie zarósł, nie zniknął, nie zatarł się całkowicie. By mimo to istniał. Sens wydeptywania drogi, którą kiedyś ktoś przede mną szedł. I którą ktoś – dzięki memu śladowi stóp – kiedyś jeszcze przejdzie.
* * *
Moja zwykła codzienność – sprzed urlopu – po urlopie – niczym ta nikła droga. Zwyczajna, nie widokowa, nie kasowa rzeczywistość. Codzienne trwanie na modlitwie. Monotonia trwania. Po co? No właśnie. Wydeptywanie wąskiej dróżki, wiodącej skądś dokądś. Żeby zostawić ślad – dla innych. Że powszednie trwanie, wierność, uczciwość wobec siebie mają sens. Wiodą do celu.
Spektakularne alpinistyczne wejścia na szczyty – nie dla wszystkich. Z nich nie składa się życie wędrowca. Górę świata zdobywa się raz w życiu. Na rozległych połoninach spotyka się sobie podobnych – raz na jakiś czas doświadczamy poczucia ludzkiej solidarności, wspólnoty, bycia – jak inni. To, co zostaje, wije się trawersem góry w upalny dzień – wiara w sens powszedniości, zwyczajna mistyka na co dzień. Po co? By utrwalić sens.
* * *

W Bieszczadach zbocza gór gęsto porastają bukowe lasy, jarzębiny, wielobarwna feeria polnych traw i kwiatów. Od czasu do czasu wzrok przyciągają wysokie świerki i sosny. Nie występują tu w takiej ilości jak w Tatrach. Może dlatego właśnie na nie zwróciłam uwagę. Na świerkach i sosnach widać jeszcze wiosenno – letnie przyrosty. Końcówki gałązek wyróżniają się swoją jasno zieloną, świeżą barwą na tle ciemniejszej zieleni dotychczasowego kształtu drzewa. Minie lato i jesień, nadejdzie zima, a jasne, młodziutkie przyrosty ściemnieją, zrównają swój odcień z całością. Kiedy nastanie znów wiosna, będziemy wypatrywać nowych przyrostów, niepomni, jak wiele centymetrów przybyło w roku ubiegłym.

* * *
Chyba podobnie ma się rzecz z doświadczeniami wiary. Co jakiś czas porusza się, dokonuje w nas coś i następuje cud wzrostu. Nagle przez duszę przemknie jakieś wzruszające doświadczenie nieba, słodycz miłości Boga. Porazi ogrom Jego potęgi i chwały. Obudzi się przytłumiona nadzieja i ufność, ożywi duch. Olśni blask Jego wierności i wiary w człowieka. Nabierze się pewności, że to ta właśnie droga, nie inna, wiedzie do celu. To przecież nie zdarza się co dzień. T o przychodzi raz na jakiś czas, nieoczekiwanie, jak złodziej, porusza i porywa serce w zaświaty. I starcza i musi starczyć na następny czas milczenia i ciszy. Musi zasymilować się, wróść, zakorzenić w naszym życiu, wierze. Uzyskać tożsamość z dotychczasowym sensem, odmienić go, przemienić, uaktywnić. Wzrost dokonuje się poprzez trwanie, nieoczekiwanie. I wymaga… znów trwania i trwania.

* * *

Poruszając się samochodem między jedną bazą wypadową a drugą, doświadczyłyśmy także uroków takiego podróżowania. Trzeciego dnia pobytu wysiadł akumulator. Oto cztery kobiety w nieznanej miejscowości bez pojęcia o tajnikach mechaniki samochodowej, za to pełne planów, stajemy wobec takiegoż faktu – silnik nie chce zapalić. Co robić? Z pomocą przychodzi od razu gospodarz naszej kwatery. Otwiera swój garaż, uruchamia warsztat, próbuje reanimować maszynę. Po nieudanej próbie wskazuje nam punkt sprzedaży nowych części.
Kilka dni później następna samochodowa przygoda. Przez nieuwagę i zamieszanie zatrzaskujemy kluczyki wewnątrz auta. Znów bezradność i wściekłość – zaplanowałyśmy na dziś długą trasę i nie przewidziałyśmy już dodatkowych kosztów na awarię środka transportu. Po chwili zjawia się – jak na zamówienie – miejscowy spec od samochodów. Usiłuje włamać się do naszego auta za pomocą własnych wytrychów. Niestety, bezskutecznie. Rozważamy pomoc policji – trzeba zadzwonić do najbliższego miasta, może panowie coś poradzą. Niestety, we wsi brak telefonu. Zainteresowana niecodzienną sytuacją pani kioskarka oferuje swoją komórkę. Dzwonimy. Otrzymujemy adres policyjnego fachowca od włamań. Wyraża chęć pomocy. Tyle że musi dojechać do nas z daleka. W międzyczasie miejscowi gromadzą się przy naszym aucie – pułapce. Jeden z nich wymyśla skuteczny sposób na włamanie za pomocą specjalnego druta. I tak po dwóch godzinach niepewności dostajemy się do wnętrza po kluczyki. Pani kioskarka odwołuje policję. I znów kilka osób, które pojawiły się nieoczekiwanie, przychodzi nam z pomocą. Nie oczekując niczego w zamian. Wreszcie możemy wyruszyć w góry.
Trzecia przygoda – auto wbrew pozorom nie było pechowe – to kapeć w Kielcach. Dosłownie w tym samym momencie, w którym zjechałyśmy na pobocze, jak z kapelusza, pojawia się młody chłopak na motorze z pytaniem, czy nie potrzebujemy pomocy. Zmienia koło na zapasowe i pilotuje nas do zakładu wulkanizacyjnego. Tam obsłużone w rekordowym tempie uzyskujemy pomoc. Usłużny chłopak pilotuje nas do wyjazdu z Kielc.
Niestety, po wyjeździe z miasta, w kilkanaście minut później lądujemy na stacji benzynowej z podejrzeniem, że naprawiona opona siadła znowu. Po raz drugi wymieniamy rękami pana z obsługi stacji benzynowej dziurawą oponę na dojazdówkę. Robi się ciemno. Do domu ponad trzysta kilometrów, a na cienkiej dojazdówce maksymalna prędkość to 70 km/h. Z twarzami przylepionymi do szyb wypatrujemy przy drodze jakiegoś czynnego warsztatu. Gdzieś między Sulejowem a Piotrkowem Trybunalskim dostrzegamy reklamę zakład wulkanizacyjnego i jakieś nikłe światło w podwórzu. Zjeżdżamy– jest po godzinach pracy, właściciel zaprosił gości, odpoczywa. Słucha jednak naszej opowieści i prośby o pomoc. Potem otwiera warsztat i naprawia koło. Po kilkunastu minutach możemy nareszcie ruszyć w drogę do domu. Znów otrzymałyśmy czyjąś bezinteresowną pomoc i życzliwość. Od obcych ludzi, w obcym miejscu.

* * *
Przygody z samochodem były tak samo ważne jak wędrowanie po górach i odpoczynek. A może nawet ważniejsze. Tyle razy w tak krótkim czasie doświadczyłyśmy cudzej pomocy, życzliwości, solidarności. To poraża.
Piotr Fijewski w 8-9 numerze „Więzi” pisze o doświadczaniu przez współczesnych bezsensu świata: Pojawia się doznanie emocjonalnej pustki, świat wydaje się szary, bezbarwny, wszystko staje się obojętne, czas przecieka przez palce, przyszłość jawi się jako szara, bezkresna mgła. Tak, to jest właśnie to, co tak wyczerpuje człowieka zanurzonego w szarzyźnie życia, w monotonii czynności. Drugi człowiek to bezimienny tłum, groźna masa, czarna dziura otchłani. Bliźni to przeszkoda, wyrzut sumienia. Ani przyjaciel, ani wspólnota, ani wsparcie i pomoc. Trzeba wyjechać takim właśnie autem na drugi koniec kraju, by doświadczyć kopernikańskiej rewolucji w swojej wizji świata i stosunku do drugiego. Cytowany wyżej autor pięknie zauważa: Ludzie (…) odnajdują sens własnego życia w bliskości z drugim człowiekiem, w takim kontakcie, który zakłada wzajemną otwartość (…) Człowiek doświadcza dobroci w formie miłości – od innego człowieka. Dlatego napisałam, że nasz samochód był równie ważny jak dobre buty i plecak.

* * *
Do roku 1944 na terenie Bieszczad znajdowało się około 140 cerkwi grekokatolickich i prawosławnych. Do dziś przetrwało 51. W wielu sprawuje się niedzielne nabożeństwa. Zwiedziłyśmy kilka, min. w Komańczy, Myczkowcach, Górzance, Rzepedzi. Na co dzień stoją zamknięte, jednak na prośbę turystów ksiądz czy osoba opiekująca się kościołem, otwiera i można obejrzeć we wnętrzu przepiękne, często odnowione, złocone ikonostasy. Powikłana nierzadko historia: najpierw kościół funkcjonował jako świątynia grekokatolicka, następnie jako prawosławna. Albo tak jak w Komańczy: kościół należy do grekokatolików, prawosławni dzierżawią. Są też oczywiście i kościoły katolickie obrządku łacińskiego. Tak, u podnóża także i tych gór leży wiara.

* * *
Pan oprowadzający po cerkwi w Zagórzu tłumaczył żarliwie turystom – ignorantom, że różnice w gestach i rytuałach wynikają często ze specyfiki języka ukraińskiego, a nawet z jego odmiennej od polskiej gramatyki. Swoją rolę pojmuje jako misję – przybliżanie katolikom wiary prawosławnych. Mówi – u nas wszystko jest takie samo: i krzyż, i żegnanie się, i modlitwy za zmarłych, i kult Matki Bożej.
Gorące jest to pragnienie jedności.
Albo cerkiew w Łopience. Jedyna budowla, która pozostała na rozległym terenie po zrównanej z ziemią, nie istniejącej już dziś, wsi. Takich nie istniejących wsi i cerkwi jest wiele. Niektóre – niczym mityczna Troja – zaznaczone są na mapie z przypisem o ich minionym istnieniu. W Łopience ocalała świątynia z kopią cudownego obrazu Matki Bożej Pięknej Miłości i rzeźbą Jezusa Bieszczadzkiego. Opodal kościoła stanica harcerska (jest ich w Bieszczadach wiele) – jedyna oznaka zamieszkania człowieka. Miejsca i symbole.
Miejsca i ludzie, którzy po wojnie zniknęli z powierzchni ziemi. Ziemia tak gęsto naznaczona zbiorowymi wysiedleniami, ludobójstwem. Ziemia, na której tak wiele świątyń i … cmentarzy z nagrobkami z początków ubiegłego wieku. Polskie obok ukraińskich, żołnierskie obok dziecięcych. Tygiel historii. Lekcja zadumy nad historią południowego zakątka naszego kraju. Nad solidarnością i wspólnotą ludzką.
Obecnie wsie bieszczadzkie zadbane, czyste, toną w powodzi kwiatów i ludzkiej życzliwości. Tak oto zmienia się wizja naszego świata.

31 sierpnia 2003r.